2.3 Coś straconego

Lye’alder konspiracyjnie oddalił się od Złotego Pirata. Wokół było wystarczająco zamieszania, by jego spacer pomiędzy klatkami wydawał się niewinny. Zatrzymał się przy jednej z ostatnich, ostrożnie zbliżając do prętów i zaglądając do środka. Chyba była rozzłoszczona. Ale z nią nigdy nie było do końca wiadomo. Chce ci uścisnąć dłoń czy połamać palce? Krótkie czarne włosy powiewały na gorącym od pożaru powietrzu i łaskotały jej podbródek, raz po raz przysłaniając również te duże zielone oczy, szeroko wpatrzone w zabójcę.
– Wyciągnij mnie stąd, Lye - powiedziała ściszonym głosem i w jego rodzimym języku, świadoma tego, jak jej współwięźniowie byli ściśnięci w klatce i mogli podsłuchać każde słowo.
– Jakbyś nie zauważyła, sytuacja jest dość skomplikowana. Na przykład, widzisz tego z opaską na oku? Wydaje mi się, że ma tendencję do agresji. Szczególnie w stosunku do ludzi, którzy spróbowaliby mu wykraść wartościowego niewolnika.
– To zorganizuj jakąś dywersję, a ja się sama stąd wykradnę.
– A widzisz tego wielkiego, przerażająco wściekłego kapitana seregilskiej straży? Wyobraź sobie, że z jakiegoś powodu mnie nie spuszcza z oka.
– Masz rację, doprawdy niewiarygodne.

2.2 Dylematy zabójcy

Lye’alder czuł się winny. Dwóch ich weszło do Lasu Strzegącego. Wyszedł tylko on. Zamiast trzymać się ustalonego planu, Lye odmówił dokończenia misji wraz z przyjacielem. Zostawił go, by sam poradził sobie z tym przeklętym kawałkiem-czegośtam. Ponieważ zakątki lasu ukrywały nie tylko drogocenne artefakty, ale także podobno-wymarłą rasę. Smoki. Lye mocniej ścisnął drżący mu w pięści sztylet, gdy wspomnienie podsunęło mu przed oczy obraz napotkany w lesie. Czemu te przeklęte gady nadal istniały?! Ściskane ostrze nieco pomogło ukoić wzburzone myśli. Fenn skomentował kiedyś, że Lye jest ze swoim sztyletem szybki, jak błyskawica. Więc sztylet otrzymał miano Błysk. I Lye myślał o złodzieju za każdym razem, gdy lądował w jego nerwowej dłoni.
Nie mógł sobie wybaczyć, że złodziej skończył w najgorszym więzieniu w kraju. Na myśl o Odosobni aż skręcał mu się żołądek. Dlatego na misję króla Seregila zgodził się natychmiastowo, choć nie było to w jego stylu. Pracował przecież samotnie, na tym polegała filozofia skrytobójcy. Tylko że król nie wymagał jego umiejętności mordercy na wynajęcie. Chciał jego usług szpiega. Chciał, by pod przebraniem jednego z jego kapitanów pojechał do Se’leent. Oficjalnie, podróż miała charakter polityczny. Król pragnął, by jego przedstawiciel stawił się na posiedzeniu ambasadorów. Nieoficjalnie, wysłał Lye’a na obrzeża warownego miasta. Do Odosobni.
– Znajdziesz tam pewnego złodzieja. Parszywy z niego osobnik. Podobno próbował coś wykraść naszej drogiej królowej Yllandzie – powiedział Seregil tonem zawiedzionego ojca, który dowiedział się, że syn zbił jego ulubiony, kryształowy kufel do piwa. – Ale słyszałem pogłoski, że podobno posiada pewne niewygodne dla królowej informacje. Chcę więc, żebyś, mój drogi, wydobył z niego te informacje, a potem dopilnował, by nasz złodziej zginął w jakimś nieszczęśliwym wypadku. Nie sądzę, żeby zorganizowanie czegoś takiego było trudne – dodał pospiesznie, dobrze wiedząc, że im robota większa i bardziej skomplikowana, tym Lye będzie chciał więcej wynagrodzenia.

2.1 Drugi księżyc

Ostatnie promienie zachodzącego słońca wciąż ciepło oświetlały wieczór, a pierwszy z dwóch księżyców wolno wschodził na nieboskłon. Lye’alder siedział na kawale spróchniałego drewna i z ponurą miną wodził wzrokiem za wolno poruszającym się na niebie Priusem. Czasem było mu go żal, bo wiedział, że nikt nie darzy tego wczesnego, bladego księżyca wielkim szacunkiem. Nikt nie poświęcał mu wiele uwagi, bo to jego większy, jaśniejszy brat był źródłem legend wywodzących się od prastarych, elfich rodów. Mówiło się: Maneo przyświeca godzinie naszego spotkania, a elfy z dumą powtarzały, że ich szlachetna rasa wywodzi się właśnie z Drugiego Księżyca. Lye’alder uważał to za absolutną głupotę. Jak ktoś mógł pochodzić z księżyca? I co w takim razie robiłby w tak nudnym i przyziemnym kraju, jak Antizja?
Szczerze mówiąc, wcale nie był wielkim fanem Maneo. Był późnym księżycem, świadczącym o wybiciu północy, a Lye’alder dobrze wiedział, że o północy nigdy nic dobrego się nie dzieje. Choć, być może, jego niechęć do Drugiego Księżyca mogła się też wywodzić z faktu, iż nie był fanem samych elfów. Większość życia uważał je za rasę dość nieudaczną i słabowitą, a gdy w końcu poznał ich przedstawiciela, jego zdanie na ich temat tylko się wzmocniło. Teraz, gdy jego doświadczenie w interakcjach między-rasowych znacznie wzrosło, decydował się z elfami zwyczajnie nie zadawać. Bo i po co sobie szarpać nerwy?
^